Dla wspólnot

Praktyczne informacje dla doświadczonych i nowo powstających wspólnot

Oddaj przyjaciela, żeby iść dalej

W pewnym momencie naszego zaangażowania w Kościele lub we wspólnocie, dochodzimy do takiego momentu, że mamy swoich znajomych, przyjaciół, grono bliskich nam ludzi, z którymi czujemy się dobrze. Ale rozwój każdej wspólnoty zależy od tego, czy potrafimy „czynić uczniów”, czyli zostawiać znajomych, aby pójść do nowych i ich formować.

Taki był styl działania św. Pawła. Na początku Paweł był uczniem Barnaby i z nim ewangelizował. Barnaba zaufał Pawłowi i sam wprowadził go w ewangelizację, był dla niego mentorem. Natomiast potem zaistniał między nimi spór, z którego… wynikło większe dobro. To ciekawe w Dziejach Apostolskich, że spory prowadzą do rozwoju, jeżeli tylko przeżywane są przez obie strony konfliktu jako coś Bożego. Z doświadczenia wiemy, że tam, gdzie pojawia się zacietrzewienie i podkopywanie autorytetu drugiego, to może rozwalić każde dobre dzieło. Natomiast spór typu „ja mam swoje racje, ty masz swoje, ale szanujemy się nawzajem” – prowadzi do dobrych rozwiązań.

KONFLIKTY KORZYSTNE W EWANGELIZACJI

Spór między Barnabą a Pawłem, czyli między nauczycielem a uczniem, doprowadził do tego, że Marek (którego dotyczył spór) nie mógł pójść na wyprawę misyjną ze św. Pawłem. Dzięki temu zaczął pisać i powstała Ewangelia – wcześniej nikt nie pisał (choć były takie potrzeby), ponieważ apostołowie raczej głosili. A dzięki temu sporowi wyszło z tego wielkie dobro, bo powstała pierwsza Ewangelia. Kiedy pojawił się pierwszy piszący, na początku ktoś może mówił: „po co pisać, komu to potrzebne?”. Ale wkrótce inni zobaczyli, że jest w tym coś dobrego, i zaczęli robić to samo! Taka postawa sprawiła, że św. Paweł zaczął gromadzić wokół siebie nowe osoby, kolejnych przyjaciół, z którymi ewangelizował. Pierwszym z nich był Tymoteusz, potem Sylas, później Łukasz. Ekipa się rozrastała i posyłana była w różne miejsca. W ewangelizacji cała trudność polega na tym, żeby kogoś zdobyć dla Chrystusa, zrobić z niego ewangelizatora i go zostawić, żeby działał sam. I tak zrobił Paweł, gdy zobaczył, że Tymoteusz jest już samodzielny – zostawił go w Efezie: „Teraz ty bądź tutaj biskupem, prowadź tę wspólnotę już beze mnie. Musisz sobie poradzić. A ja będę szukał nowych uczniów i z nimi pójdę dalej”. To samo zrobił z Tytusem – posłał go, żeby rozwiązał problemy we wspólnocie w Koryncie, a następnie powiedział mu: „Teraz idź i zakładaj kościół na Krecie. Tam będziesz biskupem, prezbiterem, i rób to, czego się ode mnie nauczyłeś”.

PRZEPIS ŚW. IGNACEGO

Podobnie myślał św. Ignacy z Loyoli. Kiedy tylko powstał zakon jezuitów, papież od razu poprosił Ignacego jako generała zakonu (choć ten nawet konstytucji Towarzystwa Jezusowego nie zdążył jeszcze napisać), żeby posłał kogoś do Indii, gdzie są nowoodkryte ziemie i gdzie trzeba zanieść Ewangelię. Ignacy, który miał wtedy tylko dziesięciu współtowarzyszy, stanął przed decyzją: mam wysłać kogoś daleko i nie wiem, czy go jeszcze zobaczę. Po ludzku można by oczekiwać, że wybierze kogoś, kto jest mało wygodnym ogniwem, więc niech on pójdzie. Tymczasem generał nowego zakonu myślał: mam dać najlepszego. I tym najlepszym był jego przyjaciel, św. Franciszek Ksawery. Ignacy nie zostawił sobie przyjaciela, z którym był mocno związany i który bardzo by mu pomógł w budowaniu zakonu, ale posłał go w nieznane, do Indii. Widać w tym przepis św. Pawła: czynienie uczniów wymaga umiejętności pożegnania się z przyjacielem.

SZTAFETA EWANGELIZACYJNA TRWA

Św. Franciszek Ksawery później postępował podobnie. Gdy dopłynął do Indii, zaczął ewangelizować, poznał kulturę i wszedł w język tubylców. Potem dopłynęli do niego kolejni księża, żeby mu pomóc w ewangelizacji. A on nauczył ich wszystkiego, co sam potrafił, i wyruszył do Japonii. To jest Pawłowy sposób myślenia: „Idę dalej, zostawiam to, co zrobiłem. Bóg posyła mnie dalej, abym czynił uczniów. Niech oni tu kontynuują, a ja idę dalej”. Myślenie, można by dzisiaj powiedzieć, szalone, ponieważ gdyby dziś ktoś miał jechać na misje do Indii, to najpierw by odbył piętnastoletnie przygotowanie, a potem albo by się sprawdził, albo nie. A św. Franciszek podobnie działał w Japonii: poznał język, poznał kulturę. A gdy przypłynęli kolejni, zostawił ich i sam popłynął do Chin. I tam umarł. Ta historia pokazuje styl myślenia ewangelizacji, który nie jest naszym stylem. Nasz styl jest raczej taki: przywitać się w kościele z tym, kogo znam, i usiąść z nim. We wspólnocie usiąść wśród osób, z którymi czuję się dobrze. „My tutaj jesteśmy taką paczką, a jak przychodzi ktoś z boku, to długo by mu zajęło, żeby się w tę paczkę wkręcić. A z reguły odbije się od ściany i musi szukać gdzie indziej”. Tak wygląda nasze funkcjonowanie – bardzo odmienne od strategii św. Pawła, który czyni uczniów i posyła ich dalej, nie zostawiając sobie swoich przyjaciół.

„UCZYMY SIĘ, ROBIĄC”

W naszej łódzkiej parafii o. jezuitów oraz w istniejących przy niej wspólnotach, ewangelizujemy według modelu, jaki zaszczepił nam śp. o. Józef Kozłowski SJ. Ojciec Józef miał dewizę „uczymy się robiąc”. Uczymy się ewangelizacji, ewangelizując. Uczymy się modlitwy, modląc się za innych. Ta dewiza nie jest powszechna, częściej we wspólnotach i w parafiach spotykamy się z inną: „najpierw się nauczymy, a potem będziemy robić”. Czyli nowo nawróceni we wspólnocie słyszą komunikat: „Najpierw musisz się nauczyć, a dopiero potem pozwolę ci coś zrobić (albo i nie pozwolę)”. Natomiast o. Józef zabierał takie osoby na wyjazdy, żeby patrzyły, jak się ewangelizuje, i prosił, żeby się modliły za innych. Osoby nowe od razu brał do posługi, jeszcze niegotowe, ale on wiedział, że Duch Święty uzdolni je do wszystkiego. Ostatnio porządkowałem zdjęcia z naszego kościoła i znalazłem kilka z ostatniego lata, gdzie na schodach kościoła jedne osoby modlą się za drugie. To były takie sytuacje, gdzie po Mszy świętej ktoś mnie prosił o modlitwę, ja właśnie szedłem na spotkanie wspólnoty, żeby powiedzieć konferencję. Czekałem więc, aż ktoś wyjdzie z kościoła i pytałem go: „Może ma pan chwilę, żeby się tu nad kimś pomodlić?”. Jedni odmawiali, inni się zgadzali. A gdy po konferencji wracałem ze spotkania, widziałem, że oni dalej się modlili (w takich właśnie sytuacjach robiłem te zdjęcia, trochę od tyłu, żeby zachować ich anonimowość). Myślę, że to jest dobry sygnał, jak czynić uczniów: trzeba komuś powierzać odpowiedzialne zadanie, nawet jeśli nie mamy pewności, że on jest to w stanie zrobić. I okazuje się, że taki człowiek jest w stanie poświęcić na to czas. Gdybym ja, spiesząc się gdzie indziej, podjął taką modlitwę, byłby to krzyżyk na czole i pięć sekund wstawiennictwa. A ten człowiek dał komuś godzinę, żeby się modlić za niego. Te sytuacje pokazują, że mamy w sobie dużo dobra, dużo Boga i chcemy się Nim dzielić! Ale często brakuje nam pola, gdzie możemy iść do pracy dla Chrystusa. Przykład Tytusa i Tymoteusza pokazuje nam, jak dobre oko miał św. Paweł, żeby znajdować sobie uczniów i powoływać ich. Ale równie ważne jest to, że później potrafił rozstawać się z przyjaciółmi, aby iść dalej.

Ostatnio zmieniany środa, 17 lipiec 2019 15:47
Oceń ten artykuł
(2 głosów)
o. Remigiusz Recław SJ

rekolekcjonista, duszpasterz wspólnot charyzmatycznych, autor wielu książek.

Prowadzi bloga: www.remi.mocniwduchu.pl

banery na strona szum5

banery na strona szum b

banery na strona szum4

banery na strona szum3

banery na strona szum

banery na strona szum2

banery na strona szum7

banery na strona szum8